Zadziwiający, przepiękny oraz przejmujący, to epitety określające ten musical. Zobaczymy w nim świat, w którym nie wolno bać się marzyć.

Król rozrywki opowie nam historię życia P.T. Barnum’a, który uważany jest za twórcę cyrku. Dzięki filmowi dowiemy się co skłoniło go do spełnienia jego najskrytszych marzeń. Musical jednak nie tylko porusza samą historię życia głównego bohatera, ale także zwraca uwagę na dyskryminację, tego co uważamy za nienormalne. Bohaterami show Barnum’a są osoby, które są inne od wszystkich. Film pokazuje nam, że nie jest to powód do wstydu, ponieważ dzięki temu, że są inne, stają się wyjątkowe. Pomimo przeciwności, wszyscy bohaterowie tworzą rodzinę i w końcu mogą przestać chować się przed światem, a z dumną prezentować samych siebie, tworząc przy tym niebywałe widowisko.

Obraz jest przepełniony barwami, co od razu sugeruje, że nie będziemy mieli do czynienia ze zwykłą szara codziennością, a czymś niezwykłym i niecodziennym. Nawet w chwilach smutku kolory nie słabną, tak samo jak nie słabnie nadzieja na lepsze jutro. Mimo wszechobecnego optymizmu na filmie nie jednemu również może zakręcić się łza w oku. Dzięki czemu też film jest bardzo zrównoważony i nie ma wrażenia, że całość jest za bardzo cukierkowa.

Kolejnym mocnym punktem musicalu jest muzyka, która jest nieodłączną częścią tego gatunku. W tym przypadku mamy tutaj prawdziwe arcydzieło; każdy utwór jest przemyślany i dopracowany w każdym szczególe, a samo wykonanie jest po prostu przewspaniałe. Muzyka kradnie serca widowni i wkrada się w jej życie. Mogę założyć się, że każdy kto był na filmie, nuci sobie do tej pory melodie „Króla rozrywki”.

Do zaspokojonego zmysłu słuchu dołącza, podczas seansu zmysł wzroku, ponieważ choreografie powalają z nóg. Wszystko tak dobrze ze sobą współgra, że oglądanie tego filmu to czysta przyjemność, której chce się doświadczyć nie raz. Są dwie sceny w filmie, dla których opłaca się zrobić wszystko, aby obejrzeć ten spektakl. Pierwszą jest scena negocjacji w barze, nie chce za dużo zdradzać, ale powiem jedno, panowie czapki z głów. Drugą natomiast jest scena na linach, grana przez Zac’a Efron’a oraz Zendaya. Jak dla mnie jest to najpiękniejszy moment w filmie.

Aktorsko jednak całe show kradnie Hugh Jackman, którego gra jest arcydziełem. Każda piosenka wydaje się być napisana tylko dla niego, każda choreografia wydaje się być ułożona specjalnie dla niego, jednak to po prostu jego talent sprawia, iż jest najlepszym punktem tego filmu.

Moja ocena tego filmu to 9/10. Ja się w tym filmie zakochałam i bardzo trudno zleźć mi w nim jakieś minusy. Mam świadomość, że do ideału minimalnie zabrakło, dlatego jest ta ocena pomniejszona o jeden punkt. Jednak obraz jaki dostajemy to arcydzieło, które polecam obejrzeć każdemu. Obiecuję również, że po obejrzeniu filmu, choć jedna piosenka trafi na waszą osobista playlistę.

Moja ocena: 9/10